KANIBALIZM: HISTORIA LUDOŻERSTWA

Niniejszy artykuł pierwotnie ukazał się we wrześniu 2011 roku w piątym numerze magazynu Masz Wybór.

Ludzi od zawsze przyciągało to co zakazane, mroczne, tajemnicze i dzikie. Strach przed nieznanym rodzi wrogości, ale nierzadko również fascynację. W dzisiejszych czasach jednym z nielicznych jeszcze tematów tabu, pozostaje sprawa kanibalizmu. Czasem akceptujemy go, tłumacząc wyższą koniecznością, kiedy indziej uważamy za akt skrajnego zwyrodnienia. Zwykle uznaje się, że ten problem po prostu nie istnieje, a już szczególnie w wysokorozwiniętych, „cywilizowanych” krajów Zachodu. Paradoksalnie, jeśli na jaw wychodzą tam przypadki tego „barbarzyństwa” wielu święcie oburzonych skwapliwie przegląda każdą kolejną wzmiankę o tej, jakże ich bulwersującej sprawie. Czasami dochodzi do tak absurdalnych sytuacji kiedy kanibal, nie ten wymyślony, filmowy, lecz postać z krwi i kości, staje się osobą publiczną, a wręcz gwiazdorem1! W niniejszym artykule przedstawię podstawowe fakty związane z ludożerstwem, jego różnymi obliczami, zwyczajami z nim związanymi oraz pobudkami skłaniającymi ludzi do zjadania innych ludzi. Na koniec wspomnę też o tym, jak można wykorzystać kanibalizm jako smakowity materiał do napisania gry książkowej. Zacznę jednak od zdefiniowania oraz genealogii, dla wielu wciąż mrożącej krew w żyłach, nazwy tego… No właśnie, czego? Schorzenia? Zwyczaju? Zjawiska? Zdecydujcie sami. Zapraszam do czytania i życzę miłej lektury!

Kanibalizm to, jak wiadomo, spożywanie osobników tego samego gatunku. Niestety, definicja ta jest bardzo wąska semantycznie, nie porusza bowiem przyczyn interesującego nas zjawiska. Uznaje się, że są trzy zasadnicze pobudki skłaniające ludzi do kanibalizmu. Jest to powinność, potrzeba oraz pożądanie. Pierwsza z nich wynika z bogatej tradycji kulturowej, skutecznie wyniszczonej przez białych osadników i misjonarzy, przerażonych zwyczajami „dzikich”, których nie potrafili i przede wszystkim nie chcieli zrozumieć.

Powinność

Stereotypowy wizerunek kanibala to półnagi człowiek o ciele pokrytym złowieszczymi symbolami i obwieszony biżuterią z ludzkich kości, dzierżący w rękach wielką dzidę. Ciężko ten barwny obraz przyrównać do Azteków, skądinąd potężnej cywilizacji zniszczonej przez zachłannych hiszpańskich „odkrywców”. Przedstawiciele tego „dzikiego” narodu, który pozostawił po sobie monumentalne budowle, ukryte pośród tropikalnego gąszczu wierzyli, że słońce powstało w wyniku ofiary, jaką złożył z siebie jeden z bogów. Jego towarzysze, aby wprawić życiodajne źródło światła w ruch ofiarowali mu swoją krew i serca. Odbiciem tych czynów były masowo składane ofiary podczas krwawych rytuałów, polegających między innymi na wyrwaniu jeszcze żyjącej ofierze serca. Aby zapewnić sobie przychylność bogów Aztekowie składali mnóstwo takich ofiar, zwykle z jeńców wojennych. W dłuższej perspektywie oznaczało to do konieczności prowadzenia ciągłych podbojów, co z kolei tłumaczyłoby między innymi dlaczego lud ten zdobył tak rozległe terytoria.

W ciągu roku Aztekowie obchodzili osiemnaście ważnych świąt, po jednym w każdym miesiącu2, z czego aż czternaście z nich wymagały rozlewu krwi. Zwłoki zabitych były zjadane, co stanowiło część rytuałów. Zwłoki wykorzystywano też w innych celach, na przykład podczas jednego ze świąt kapłani nosili zabarwiono na żółto ludzkie skóry, które symbolizować miały kwiaty. Mimo wszystko kanibalizm w wypadku Azteków nie był głównym motorem ich działań, a stanowił jedynie istotą część ich życia religijnego.

Znacznie ważniejszą rolę pełnił on w innych kulturach, gdzie z czasem stawał się nierozerwalną częścią egzystencji wielu plemion. Mógł też służyć jako forma wymierzania sprawiedliwości. Na Wyspach Wielkanocnych panował niegdyś zwyczaj mszczenia się na wrogu poprzez zjedzenie go, a następnie ostentacyjnym pokazywaniu rodzinie ofiary szeroko otwartych ust, najlepiej jeszcze z resztkami ich krewniaka wewnątrz. Rozwścieczeni tym faktem domownicy zwykle dokonywali takiej samej zemsty na zabójcy, co z kolei prowadziło do łańcucha mordów, trwającego niekiedy przez całe pokolenia.

kanibale1

Zjedzenie drugiego człowieka mogło też być rodzajem kary, jak to było w przypadku Nigeryjskiego plemienia Sura, które w ten sposób karało przestępców. Ponadto wiele kultur uważało, że spożycie ciała przeciwnika to najprostszy sposób na przejęcie jego cech, takich jak odwaga, witalność, czy płodność. Niekiedy w grę wchodziły również walory smakowe. Większość plemion ludożerczych szczególnie ceniło mięso kobiet3 i osób młodych, chociaż zdecydowanie różne było podejście co do najsmakowitszych kawałków. Mimo pewnych podobieństw4, zazwyczaj każde plemię preferowało inny kawałek ciała. Nie zawsze jednak zjadanie ciał było aktem dominacji, czy upokorzenia przeciwnika. Często rytuał ten stanowił wyraz szczerej miłości w stosunku do zmarłego członka rodziny, bądź plemienia.

Kanibalizm pogrzebowy to szczególna odmiana ludożerstwa, bowiem „ofiara” pragnie, a wręcz domaga się, aby po śmierci jej ciało zostało spożyte. Jest to dowód przywiązania i szacunku oraz ważny element żałoby, którego zaniechanie było by tym, czym dla nas wyrzucenie ciała zmarłego rodziny na śmietnik. Ciekawy pogląd na ten temat wyraził kiedyś członek plemienia Wari, odkrytego w latach pięćdziesiątych XX wieku na terenie Brazylii. Stwierdził, że to tragiczne grzebać dziecko w zimnej ziemi. Za miejsce bardziej stosowne dla umarłych Wari uważali „ciepły brzuch”. Rzecz jasna w wyniku interwencji władz kościelnych i świeckich plemię to zaniechało, przynajmniej oficjalnie, swoich praktyk, posłusznie stosując bardziej „cywilizowane” formy pochówku. Podobny pogląd podzielali też Aborygeni, chociaż w ich wypadku nie każdy zmarły mógł zostać spożyty, los ten czekał tylko najbardziej zasłużonych i szanowanych członkowi danej społeczności. Po zjedzeniu wnętrzności suszono kości oraz skórę, z których sporządzano specjalne zawiniątko. Było one chowane w ziemi, wewnątrz drzew, bądź spalane. Jak widać kanibalizm mógł być zarówno aktem zemsty, rytuałem religijnym, jak i istotnym elementem życia społecznego. W każdej z tych odmian częścią wspólną dla jego praktykowania była głęboko zakorzeniona świadomość o jego istotnej roli, toteż w żadnym wypadku nie był potępiany, ani uważany za coś „niewłaściwego”. Ciało ludzkie było również wykorzystywane w charakterze leku, praktyka ta szczególnie rozpowszechniona była w Chinach. Był to na przykład ko ku, czyli „kanibalizm na rzecz rodziny”. Polegał on na poświęceniu kawałka własnego ciała w celu sporządzenia jakiegoś specyfiku, bądź zwyczajnego dania mięsnego, aby chorzy najbliżsi mogli szybciej dojść do zdrowia. Chociaż ówcześni medycy uważali tą metodę za niezwykle skuteczną, dzisiejsi lekarze nie podzielają ich entuzjazmu.

Potrzeba

Zupełnie inaczej sprawa ma się z sytuacjami, kiedy ludzie potępiający kanibalizm stanęli w obliczu prawdziwe tragicznego wyboru – umrzeć, albo zjeść drugiego człowieka. Jak napisał w Innym świecie Gustaw Herling-Grudziński; „Prawdziwy głód zaczyna się wtedy, kiedy patrzysz na drugiego człowieka jak na potencjalny obiekt do zjedzenia”. Na przestrzeni stuleci wielu nieszczęśników uważających ludożerstwo za grzeszną, barbarzyńską praktykę zmuszonych było skosztować ludzkiego mięsa aby przetrwać. Niekiedy wiązało się to również z przykrą koniecznością pozbawienia życia wytypowanego do pożarcia towarzysza niedoli. Kilka z przypadków takiego właśnie „kanibalizmu z wyższej konieczności” na stałe utrwaliło się w zbiorowej świadomości, szczególnie europejczyków. Do najsłynniejszych przykładów takiego „upublicznienia” takiej tragedii śmiało można zaliczyć los złogi „Meduzy”.

Francuska fregata „Meduza” z czterystoma osobami5 na pokładzie w czerwcu 1816 roku wypłynęła z portu St. Louis w Senegalu. Błąd kapitana doprowadził do tragedii, statek wpłynął na rafę u północno-zachodniego brzegu Afryki. W szalupach było miejsce dla dwustu pięćdziesięciu ludzi, dla pozostałych stu pięćdziesięciu zbudowano prowizoryczną tratwę.

Théodore_Géricault,_Le_Radeau_de_la_Méduse

Kapitan i oficerowie, rzecz jasna zajmujący miejsce w łodziach ratunkowych zdecydowali, że ciągnięcie za sobą znacznie przeciążonej tratwy nie ma najmniejszego sensu i powoduje niepotrzebne opóźnienia. Dlatego odcięto liny cumownicze, zostawiając w ten sposób ponad sto osób na łasce żywiołu. Następne kilkanaście godzin sprowadziło śmierć na dwudziestkę rozbitków. Nocą pewien człowiek utracił zmysły i w ślepym szale próbował zniszczyć tratwę, co doprowadziło do regularnej bitwy pomiędzy ocalałymi, przynosząc okrutną śmierć kolejnej sześćdziesiątce. W ten właśnie sposób, po niespełna dobie, liczebność ocalałych spadła niemal o połowę. Następne dni przyniosły wiele bezowocnych prób zdobycia pożywienia. Jedynym zdolnym do spożycia płynem jakim dysponowali ocalali nieszczęśnicy było wino, zgromadzone w kilku beczkach. Nadzwyczaj szybko podjęto decyzję o konieczności zjedzenia ciał umarłych, początkowo na surowo, potem lekko upieczonych nad prowizorycznym ogniem skrzesanym z prochu strzelniczego i starych szmat oraz nielicznych kawałków drewna. Zabijano też wszystkich oskarżonych o podkradanie wina. Wobec powyższego, szóstego dnia żeglugi na „Meduzie” zostało ledwie dwadzieścia osiem osób, z czego trzynastu uznano za niezdolnych do przeżycia, co w konsekwencji doprowadziło do zabicia tych „najsłabszych ogniw”. Po tygodniu szczęśliwców, którym udało się przeżyć uratował przepływający statek. Mimo, że stosunkowo szybko powzięto decyzję o zjedzeniu ciał martwych towarzyszy opinia publiczna nie była wzburzona. W tamtym okresie dość często dochodziło do podobnych przypadków „morskiego kanibalizmu”.

Zagubieni na morzu, bądź oceanie ludzie, zwykle nie mają do wyboru wielu źródeł pożywienia, przez co łatwiej zrozumieć ich decyzję o spożywaniu ludzkiego mięsa. Ale co powiedzieć o nieszczęśnikach, którzy zmuszeni byli do kanibalizmu przebywając na suchym lądzie, i to nie wyspie, czy rozległej pustyni?

Ciekawym przypadkiem jest wyprawa, do której doszło pod koniec roku 1846 w Stanach Zjednoczonych. Osiemdziesięciu siedmiu amerykańskich osadników pod wodzą Georga Donnera chciało jak najszybciej dostać się z terenów dzisiejszego stanu Wyoming do Kalifornii. Szansę na to, teoretycznie, stwarzał „skrót” prowadzący przez pasmo górskie Wasatch w Nevadzie. Ludzie ci ruszyli w góry w listopadzie, nieświadomi tego, że właśnie popełnili najmiększy błąd swojego życia. Po przedarciu się przez pasmo górskie i Wielką Pustynię Słoną grupa rozdzieliła się na dwa obozy. W pierwszym z nich, liczącym około sześćdziesięciu osób wybudowano szybko drewniane chaty, w drugim natomiast zdecydowano się na budowę tylko prowizorycznych schronień. Było to spowodowane tym, że druga grupa kilkakrotnie próbowała przedrzeć się dalej. Niestety, jak łatwo można się domyślić, niemal wszyscy zginęli. Osadników z pierwszego obozu natomiast odcięła od świata ciężka zima. Dopiero w lutym następnego roku ekipie ratunkowej udało się dotrzeć do zaginionych. Zabrano wtedy ponad dwadzieścia osób, które uznano za zdolne do podróży. Na miejscu nie znaleziono jednak żadnych śladów kanibalizmu. Dopiero druga wyprawa, która przybyła pierwszego marca, trafiła na jednoznaczne ślady w postaci na wpół obgryzionych kości, zaś w resztkach drugiego obozu odnaleziono mężczyznę trzymającego w rękach ludzką stopę oraz wdowę po bracie Georga Donnera, która nakarmiła mięsem martwego męża swoje dzieci. Niestety, i tym razem nie udało się zabrać wszystkich uwięzionych przez śnieg ludzi. Nawet kolejna, trzecia już z kolei wyprawa pozostawiła kilka osób w pierwszym obozie. Ponadto podczas powrotu złapani przez burze śnieżną osadnicy i ich wybawcy musieli ratować się przed głodem zjedzeniem ciała zmarłej kobiety i dwójki jej dzieci. Tymczasem na ratunek wciąż czekało pięć osób, w tym George Donner. Gdy siedemnastego kwietnia przybyła ostatnia wyprawa ratunkowa żył już tylko Niemiec, Lewis Kaseberg. Okazało się, że by przetrwać zjadł on resztę osadników, chociaż oczywiście zapewniał, że nikogo nie zabił. Ratownicy zwrócili jednak uwagę na zamarznięte wokół jego obozowiska resztki mięsa koni i wołów. Mężczyzna twierdził później, że nie nadawały się one do jedzenia. Mimo oczywistych podejrzeń Kaseberg nigdy nie został oskarżony o morderstwa. Cała sprawa nieszczęsnej wyprawy Georga Donnera poruszyła amerykańskie społeczeństwo, tym razem wyzwalając falę protestów i braku zrozumienia dla sytuacji zagubionych osadników, która, jak twierdziło wielu, wcale nie była tak dramatyczna.

Kanibalistyczne praktyki na prawdziwie masową skalę, od tysiącleci związane są też z klęskami głodu oraz działaniami wojennymi. Bodajże najbardziej tragicznym, chociaż do niedawna przemilczanym, tego przykładem w XX wieku był Wielki Głód na Ukrainie w latach 1932-33. Chęć błyskawicznego uprzemysłowienia ZSRR przez Józefa Stalina w połączeniu z licznymi czystkami na wsiach i przymusową kolektywizacją doprowadziła do paradoksalnej sytuacji, kiedy to na ukraińskich czarnoziemach zabrakło zboża. Wedle bardzo ostrożnych szacunków uważa się, że śmierć z głodu poniosło wówczas co najmniej 4 miliony ludzi, chociaż niektórzy badacze podają znacznie wyższe liczby, takie jak 10, czy 13 milionów. Skala kanibalizmu była wówczas naprawdę zatrważająca, niejednokrotnie członkowie rodzin zjadali się wzajemnie, pożerano starców, dzieci, kobiety, dochodziło też oczywiście do morderstw. Ciężko wyobrazić sobie co czuła matka, która musiała poświecić jedno dziecko, żeby móc wykarmić pozostałe. O ile wielu badaczy fascynuje kulturowe podłoże kanibalizmu w mniej „cywilizowanych” częściach świata, to w obliczu tak masowej skali tego zjawiska ogarnia ich jedynie ponura zaduma. Wielu ludzi z pokolenia naszych dziadków i babć nadal uważa, że największa tragedia jaka może się przydarzyć człowiekowi jest właśnie głód.

Zdarzają się jednak przypadki, gdy spożycie ludzkiego ciała nie wiąże się ani z uwarunkowaniami kulturowymi, ani z brakiem innego źródła pokarmu. Zdarzają się jednostki, które po prostu CHCĄ zjadać bliźnich, co zazwyczaj, niestety, związane jest z koniecznością odebrania im życia.

Pożądanie

Kanibale-mordercy to niezwykle wdzięczny temat dla książek, gier, czy też filmów (z postacią Hannibala Lectera na czele). Również w rzeczywistym świecie podjęcie tego tematu przez mass-media zwykle skutkuje sukcesem komercyjnym. Gorzej jest z odpowiedzialnością karną. W większości krajów świata nie istnieją żadne przepisy przewidujące sankcje prawne za spożycie ludzkiego mięsa. Przyłapany na gorącym uczynku kanibal jest więc sądzony za morderstwo, nielegalną eutanazję6, bądź bezczeszczenie zwłok. Rzecz jasna z największą krytyką, co zrozumiałe, spotyka się pierwszy ze sposobów pozyskiwania mięsa.

Jednym z najbardziej rozsławionych morderców-kanibali XX wieku jest niewątpliwie Andriej Czikatiło. Urodzony w ZSRR7 w czasie wielkiego głodu, dowiedział się od matki, że jego starszy brat został porwany i zjedzony. Niedługo potem ojciec Andrieja wyruszył na wojnę, gdzie miał nieszczęście dostać się do niemieckiej niewoli. Zgodnie z ówczesnymi dyrektywami Stalina żołnierze schwytani przez wroga uznawali byli za zdrajców i tchórzy. Po odzyskaniu wolności trafił na kilka lat do obozu pracy, a jego rodzinę przesiedlono w głąb Związku Radzieckiego.

Wszystko to musiało wywrzeć naprawdę fatalny wpływ na psychikę dorastającego chłopca. Mimo tego w latach sześćdziesiątych jego życie ustabilizowało się, rozpoczął pracę nauczyciela, ożenił się, a jego żona wkrótce urodziła mu córkę, a kilka lat póź200px-ar_chikatilo01niej syna. W stosunku do własnych dzieci nie okazywał żadnych patologicznych skłonności, niestety inaczej traktował swoich uczniów. Za molestowanie podopiecznych został wydalony ze szkoły, ale nie powzięto wobec niego żadnych kroków prawnych. Swoje pierwsze morderstwo popełnił w 1978 roku, kiedy to zwabił dziesięcioletnią Lenę w ustronne miejsce. Chciał zgwałcić dziewczynkę, ale z racji swojej częściowej impotencji nie był w stanie tego zrobić. Wpadł wówczas w szał, podczas którego zadźgał dziecko, odczuwając przy tym pełną satysfakcję seksualną. Aż do listopada 1990 roku popełnił ponad 508 morderstw, głównie na młodych kobietach i dziewczynkach. Zjadał też różne części ciał swoich ofiar, najczęściej genitalia. Władze długo nie podawały do publicznej wiadomości tego, że popełniane morderstwa są w jakikolwiek sposób powiązane. Propaganda wykluczała możliwość, że w ZSRR mógł działać seryjny zabójca, termin ten był bowiem jednoznacznie przypisany do krajów „zgniłego kapitalizmu”. Po schwytaniu Czikatiło próbował symulować chorobę psychiczną, ale sędziowie uznali go za poczytalnego. Skazano go na śmierć, wyrok wykonano 14 lutego 1994 strzałem w tył głowy.

W następnym przypadku, który pragnę omówić, kanibalizm pełni o wiele większą, wręcz kluczową, rolę. Ciężko też mówić o „ofierze” i „sprawcy”, w tradycyjnym znaczeniu tych słów. Chodzi oczywiście o popełnioną w 2001 roku w Niemczech zbrodnię, która zelektryzowała niemal cały świat. Armin Meiwes9 zabił, a następnie zjadł czterdziestotrzyletniego informatyka, Bernarda Brandesa. Niezwykłe w tej sprawie było to, że Brandes sam zgłosił się do Meiwesa w odpowiedzi na jego anons10 zamieszczony w sieci. Mężczyźni przez pewien czas wymieniali e-maile, nim w końcu zdecydowali się na spotkanie. Zostało one dokładnie sfilmowane, a odnalezione nagrania posłużyły potem jako materiał dowodowy w procesie sądowym. Kanibal „znieczulił” swojego gościa lekami i alkoholem, a następnie odciął mu genitalia, które przyrządził. Obaj mężczyźni raczyli się tym „przysmakiem” podczas kolacji. Później Meiwes zakonserwował resztę ciała i regularnie je spożywał. Kiedy jego zapasy zaczęły topnieć, postanowił znaleźć kolejną ofiarę w sieci. W ten sposób zwrócił na siebie uwagę prokuratury. Szybko został zatrzymany, a liczne dowody nie pozostawiały cienia wątpliwości co do jego winy. Mimo „okoliczność łagodzących” za jakie obrona uznawała zgodę Brandesa na swój los, Meiwes został skazany na osiem i pół roku pozbawienia wolności za nieumyślne spowodowanie śmierci.

O wiele więcej szczęścia miał bohater ostatniej przytoczonej przeze mnie historii. Ten morderca-kanibal nie tylko umknął sprawiedliwości, ale we własnym kraju traktowany jest niemal jak gwiazdor. Jego przypadek to bezprecedensowy przykład kpiny z wymiaru sprawiedliwości oraz potęgi bogactwa, które potrafi „wybielić” najczarniejsze zbrodnie. Japończyk Issei Sagawa urodził się w niezwykle zamożnej rodzinie i już bardzo wcześnie przejawiał niepokojące skłonności. W latach siedemdziesiątych włamał się do pokoju zagranicznej studentki, co poskutkowało skierowaniem go na badania psychiatryczne. Lekarz uznał go za jednostkę „niebezpieczną”, z czym nie zgodził się ojciec przyszłego kanibala. Zamiast leczenia, zapewnił synowi studia we Francji. W 1981 Issei poznał tam holenderkę, Renee Hartevelt, która uległa jego czarowi. Zwabił kobietę do swojego mieszkania, gdzie zabił ją, a następnie na różne sposoby spożywał jej mięso. Został zatrzymany podczas próby pozbycia się resztek ciała, zapakowanych w dwie duże walizki. Zamiast na salę rozpraw, trafił jednak powtórnie do szpitala psychiatrycznego, skąd wyciągnęły go wpływy jego ojca. Sagawa wrócił do kraju, gdzie spędził kilkanaście miesięcy pod obserwacją psychiatrów i odzyskał wolność. W 1983 roku napisał książkę, w której opisał swój czyn, nie krył też dumy ze „spełnienia marzeń”. Zbił fortunę publikując swoje wspomnienia oraz przemyślenia dotyczące kanibalizmu. Swoim zachowaniem wprawił w konsternację zarówno wymiar sprawiedliwości jak i biegłych lekarzy. Chociaż bez wątpienia najboleśniej „sukces” mordercy do tej pory odczuwa najbliższa rodzina jego ofiary.

Na koniec chcę napisać jeszcze co nieco o sposobach wykorzystania kanibalizmu jako materiału na grę książkową. W tym temacie należy ostrożnie dobierać scenerię. Ciężko mi wyobrazić sobie sytuację, gdy ktoś wykorzystuje jako tło klęski głodu, beztrosko każąc wybierać czytelnikowi, czy ma zjeść swoją córkę, czy zabić syna sąsiadów. Sam motyw opisania konieczności poświęcenia kogoś bliskiego „dla dobra ogółu” nie jest oczywiście czymś złym. Niemniej jednak temat ten nadaje się raczej na poważny, angażujący moralnie czytelnika projekt, niż groteskę. Również bardziej „pierwotny” kanibalizm może posłużyć podobnemu celowi. Czytelnik mógłby się na przykład wcielić w rolę etnografa i trafić do osady kanibali, gdzie przyjdzie mu podjąć decyzję co do swojego stosunku do tubylców. Eksterminacja, a może poznanie? Próba „nawrócenia”, czy raczej przyłączenie się do uczty? Możliwości jest wiele, od prostych, czysto przygodowych, po prawdziwe wstrząsające czytelnikami projekty zmuszające do poważnego zastanowienia się nad konsekwencjami podjętych decyzji. W każdym razie myślę, że temat jest na tyle interesujący, iż warto pomyśleć nad wykorzystaniem tego potencjału w pracy twórczej.

Natomiast wszystkich zainteresowanych tematem ludożerstwa odsyłam do książki11, z której korzystałem przy pisaniu niniejszego artykułu. To dość krótkie, ale treściwe wprowadzenie w ten rozległy, smakowity temat. Polecam!

Beniamin Tytus Muszyński

Ilustracje:

1 Kanibalizm w Brazylii w roku 1557 według opisu Hansa Stadena

2 Tratwa Meduzy, Théodore Géricault, 1819

3 Czikatiło podczas procesu

Przypisy:

1 Przykład tego zjawiska zostanie opisany w niniejszym artykule.

2 Każdy miesiąc liczyły po dwadzieścia jeden dni.

3 Ciekawe czy nasze panie są słodkie w smaku?

4 Najczęściej za najlepsze kawałki uważano pośladki, piersi oraz policzki.

5 Byli to zarówno marynarze, żołnierze jak i osadnicy.

6 Jeśli jego ofiara sama chciała być zjedzona.

7 Na terenie obecnej Ukrainy.

8 Przyznał się do popełniania 56, lecz odnaleziono „tylko” 53 ciała.

9 ur. 1962 roku.

10 Meiwes poszukiwał kogoś kogo mógłby zabić i zjeść.

11Historia kanibalizmu” Nathan Constantine, Bellona, Warszawa, 2007

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *