Archiwa tagu: opowiadanie

CZEKA NA WAS PRZEBUDZENIE

Od dziś w naszej Księgarni dostępny jest plik PDF z opowiadaniem Przebudzenie pióra Beniamina Muszyńskiego. Ten niezwykły utwór pierwotnie opublikowaliśmy w siódmym numerze Masz Wybór.

MW7_html_5d3c1038A gdyby tak mieć pełną kontrolę nad własnymi snami… Czy wtedy nadal warto byłoby interesować się innymi ludźmi, tak zwanym „prawdziwym” życiem?
Przed takim właśnie dylematem staje Aleksander, bohater Przebudzenia. Mając do dyspozycji maszynę skonstruowaną przez genialnego Japończyka, może swobodnie kształtować swoje sny. Jak użyje tej mocy? Co zrobi, jeśli jego samotność zostanie brutalnie przerwana, a los splącze go z nastoletnią dziewczyną? Czy w świecie sennych marzeń naprawdę jest całkiem bezpieczny?

JANEK NA E-READERY

Janek – historia małego powstańca od dziś dostępny jest w nowych formatach!

Mamy dla Was niezwykłą niespodziankę. Dominik Trzaskacz ze Soda Studio dokonał konwersji naszej najnowszej publikacji, Janek – historia małego powstańca. Jak sam pisze: Przygotowałem pliki ePub i mobi do czytania na e-readerach, komórkach, tabletach i innych urządzeniach. Te urządzenia stają się coraz bardziej popularne w naszym kraju, a dzięki inicjatywie naszego czytelnika ich posiadacze będą mogli cieszyć się lekturą w znacznie wygodniejszy sposób.

Także czytający nasze lektury na komputerach powinny być zadowoleni. Paragrafy są połączone linkami, tak więc nie trzeba przewijać pliku, żeby szybko znaleźć się przy odpowiednim. Plik Janek.epub mogą czytać dzięki wtyczce do firefoxa, opery, programom takim jak Adobe Digital Editions, AlReader, CoolReader, FBReader, zaś Janek.mobi dzięki Mobipocket Reader.

Życzymy Wam miłej e-lektury!


Pliki:

http://www.adobe.com/products/digitaleditions/

GODZINA „W”

Mamy zaszczyt zaprezentować Państwu miniaturę gamebookową autorstwa dra Macieja Słomczyńskiego i Beniamina Muszyńskiego Janek. Historia małego powstańca. Jej akcja toczy się w pochłoniętej piekłem wojny Warszawie, a głównym bohaterem, w którego wciela się czytelnik, jest Zawiszak Janek. Książka została wydana nakładem Wydawnictwa Wielokrotnego Wyboru.

Powstanie Warszawskie było wydarzeniem niezwykłym. W szalonych czasach, podczas których prym na świecie wiodły bestialskie ideologie, czyniące z człowieka fanatycznego demona, wciąż działali ludzie, którzy nie dali się złamać ani zastraszyć, którzy nie zapomnieli, czym jest szlachetność ducha, wolność, własna tożsamość i wartość ludzkiego życia, niezależna od tego jakiego dana osoba jest wyznania czy narodowości.

Interaktywne opowiadanie autorstwa dra Macieja Słomczyńskiego i Beniamina Muszyńskiego, wzruszyło mnie kilkakrotnie. Jego bohater, Janek, przypomina mi pewnego partyzanta, którego znałem osobiście. Jako dziecko działał w strukturach Armii Krajowej. Nie był on powstańcem warszawskim, ale podobnie jak książkowy „Zawiszak”, był twardego ducha. Na początku wojny jego rodziców zabili czerwonoarmiści tylko za to, że byli polską inteligencją wywodzącą się ze stanu szlacheckiego. Na wojnie stracił oko oraz został dwukrotnie postrzelony, kiedy przerzucał bochenki chleba do getta wileńskiego. Był nim mój dziadek, Józef Kołyszko. Dzięki niemu i jego wspomnieniom, które żywo opowiadał do końca swoich dni, zawsze będę z podziwem patrzył na ludzi, którzy nie splugawili się w tak nikczemnych czasach.

Prezentując to nieduże dziełko, nasza redakcja pragnie oddać hołd partyzantom przeciwstawiającym się nazistowskiej zarazie, walczącym, zwyciężającym i ginącym za wolność, sprawiedliwość i Polskę, a przede wszystkim powstańcom warszawskim NIEZALEŻNIE OD TEGO, czy ich zryw nazwiemy katastrofą czy odpowiedzią na jedyną i niepowtarzalną w tamtym okresie szansę odzyskania niepodległości.*

Czuwaj!


Janek.pdf

Pliki dla e-readerów:

  • Janek.mobi
  • Janek.epub
  •  

    Janek. Historia małego powstańca miało być dziełem znacznie dłuższym. Autorzy planowali wydać je pod patronatem Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie udało się go uzyskać – z tego powodu skrócili pracę nad projektem.

    Jeśli podobnie jak my chcielibyście kontynuacji  historii o Janku, piszcie na adresy mailowe autorów oraz Muzeum Powstania Warszawskiego.

    dr Maciej Słomczyński: [email protected]

    Beniamin Muszyński: [email protected]

    Muzeum Powstania Warszawskiego: [email protected]

    ___

    * Przy czym, osobiście, zdecydowanie nie nazwałbym w akcie dewaluacji kogokolwiek komunistą tylko dlatego, że ośmielił się skrytykować decyzję o rozpoczęciu powstania z punktu widzenia historycznego czy strategicznego. Nawet jeśli wykazał się przy tym brakiem taktu i empatii. – przyp. red. nacz.

    Powstanie Warszawskie było wydarzeniem niezwykłym. W szalonych czasach, podczas
    których prym na świecie wiodły bestialskie ideologie, czyniące z człowieka fanatycznego demona,
    wciąż działali ludzie, którzy nie dali się złamać ani zastraszyć, którzy nie zapomnieli czym jest
    szlachetność ducha, wolność, własna tożsamość i wartość ludzkiego życia, niezależna od tego
    jakiego dana osoba jest wyznania czy narodowości.
    Interaktywne opowiadanie autorstwa dr Macieja Słomczyńskiego i Beniamina Muszyńskiego,
    wzruszyło mnie kilkakrotnie. Jego bohater, Janek, przypomina mi pewnego partyzanta, którego
    znałem osobiście. Jako dziecko działał w strukturach Armii Krajowej. Nie był on powstańcem
    warszawskim, ale podobnie jak książkowy „Zawiszak”, był twardego ducha. Na początku wojny jego
    rodziców zabili czerwonoarmiści tylko za to, że byli polską inteligencją wywodzącą się ze stanu
    szlacheckiego. Na wojnie stracił oko oraz został dwukrotnie postrzelony, kiedy przerzucał bochenki
    chleba do getta wileńskiego. Był nim mój dziadek, Józef Kołyszko. Dzięki niemu i jego
    wspomnieniom, które żywo opowiadał do końca swoich dni, zawsze będę z podziwem patrzył na
    ludzi, którzy nie splugawili się w tak nikczemnych czasach.
    Prezentując to nieduże dziełko, nasza redakcja pragnie oddać hołd partyzantom
    przeciwstawiającym się nazistowskiej zarazie, walczącym, zwyciężającym i ginącym za wolność,
    sprawiedliwość i Polskę, a przede wszystkim powstańcom warszawskim.
    Czuwaj!

    DOM NA WZGÓRZU (+18)

    DOM NA WZGÓRZU

    Opowieść mknęła wśród łąk pełnych rozkwitłych, wiosennych kwiatów. Jej intensywna woń wypełniała chłodne, rześkie powietrze. Była wszędzie, tak jak i opowieść. A jednak nie trwała wiecznie, kwiaty gasły jeden po drugim, a słońce grzało coraz silniej, zaś opowieść wylegiwała się w jego jasnych promieniach, myśląc o sobie. Potem skryła się przed deszczami i chłodem pod wielkim głazem. Wyszła stamtąd dopiero, gdy szary kamień pokrył biały puch. Uciekała przed zimnem długo, wytrwale, aż wpadła do małej chaty i skuliła się na piecu obok wielkiego, białego kota w ciemne plamki. Kot spojrzał na nią i skinął głową. Chciano jej tutaj. Opowieści wskoczyła zatem pod kołderkę i położyła się przy małym chłopcu. Śpiący brzdąc rozdziawił usta, a ona wskoczyła w nie cała. To był jej dom, chłopiec, przez wiele lat. W tym czasie patrzyła jak jego ciało rośnie, a umysł poznaje świat. I litery. W wieku dziesięciu lat, gdy dom nauczył się biegle czytać i pisać, a zima nie zmuszała go do pracy przy polu, opowieść pokazała siebie domowi. Potem znikła. A chłopiec, spocony i dziwnie otępiały, usiadł przy biurku o świcie, chwycił za ołówek stolarski ojca, otworzył niezgrabnie kajet i zaczął pisać…

    Trzy miłości

    Przed wieloma laty stał na zielonym wzgórzu wielki, drewniany dom. Był bardzo stary, a mimo to nadal służył dobrze mieszkającym w nim ludziom. A oni byli szczęśliwi przez szereg długi lat. Jedenaście lat. Mama, tata i córka. Rodzina. Nikt ich nie znał. Nikt nie chodził do domu na wzgórzu. Nikt się go nie bał. Nikt nie bał się ludzi w nim żyjącym. Nikt nie chciał ich poznać. Nikogo nigdy nie poznali dobrze. Nikt nikogo nigdy niebezpiecznie nie napastował. Nie. Nie i nie. Nigdy nie był cichy, ten dom. Zawsze było w nim pełno śmiechu. Był daleko od innych domów. Stał samotnie. Wielu ludzi, wszyscy ludzie, byli czymś zajęci. Nie mieli czasu dla rodziny wiecznie zajętej przez życie. Przeżycie i życie to bracia, którzy boją się objąć i wstydzą się tego, gdy muszą być blisko siebie. Dlatego spuszczają oczy i milcząc, myślą o sobie. Ludzie myśleli o mieszkańcach; mamie, tacie i córce. Mama myślała o tacie. Tata myślał o mamie. Córka myślała o mamie i tacie. Mama i tata myśleli o córce. Córka myślała o mieszkańcach. Mama i tata nie myśleli o mieszkańcach, malowali obrazy, których nienawidziła ich córeczka. A dziewczynka myślała dla siebie i nic nie mówiła.

    Rodzice byli artystami, malowali i śmiali się i kochali, swój, świat. Dziewczynka kochała rodziców, lubiła też ich świat. Ale od urodzenia mieszkała w domu na wzgórzu i wolała zostać tutaj, niż codziennie iść tam. Bawiła się od rana do świtu, jeśli rodzicie nie pozwalali jej zasnąć. A ona przecież lubiła spać. Często pracowała przy domu, myła wielkie, czarne podłogi, patrząc, jak cudownie lśniły w blasku słońca. Ścierała kurze, pucowała zastawę. Wiele rzeczy robiła sama i szybko nauczyła się tego, że jej praca jest tutaj całkiem sama i nigdy nie będzie miała towarzyszki zabaw. Praca mamy i taty bawiły się tylko ze sobą, dziewczynka ich nie lubiła. Tak jak nie chciała malować, grać na skrzypkach kupionych przez tatę, flecie od mamy i harfie w holu. Kiedy rodzicie chcieli żeby rozwijała w sobie wielki talent, ona brała ściereczkę i sprzątała dom. Tylko wtedy rodzicie się nie uśmiechali.

    Pieniądze za dziwne obrazy mamy i taty starczały na życie w luksusie, tak zawsze mówiła mama. Dziewczynka jej wierzyła, chociaż nie znała wartości tych pieniędzy. Wszystko co znała to dom, wzgórze i rodzice oraz dziewczynka z dalekiego sąsiedztwa, którą widziała bardzo rzadko. Byli wolnymi ludźmi, to było Wielkie Prawo tego domu. Dziewczyna często myślała, że wolność może być inna, taka jak inne wolności: mama w kuchni, tata w pracy. Ale nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Ich wolność była nie udomowiona, dzika. I chyba umierała, bo często trzeba było ją karmić sobą, pokazywać jej, że jest się wolnym człowiekiem a ona źródłem tej wolności. Dlatego w upale, letnie dni wszyscy chodzili bez ubrań, biegali po trawie, krzycząc i śmiejąc się. Mama i tata często zapraszali ją do sypialni, stawiali mały krzesełko w kącie i prosili, żeby patrzyła na nich, gdy nadzy leżą na sobie i okazują sobie miłość. Kiedyś spytała ich, czy i ona mogłaby okazać miłość. Speszyli się. Zrobili to raz, tylko wtedy: byli zakłopotani. To przez pytanie dziewczynki, ale bardzo szybko zaczęli wstydzić się tylko tego, że się zakłopotali. Mama wstała i powiedziała: Zrzuć ubranko i chodź tutaj. Jesteś wolna. Dziewczynka wstała z krzesełka i poszła sprzątać dom. Później nie przychodziła patrzyć już na miłość mamy i taty. Wolała myśleć o własnej miłości do nich.

    Dziewczynka długo płakała w ukryciu. Miała rację, chociaż nie mogła o tym nikomu powiedzieć. Mama i tata kochali się, miłości mamy to miłość taty. Ona kochała ich. Wszyscy się kochali, były trzy miłości! Tata mama. Ona tatę i mamę. Rodzina siebie. W zimny, jesienny dzień poszła nad strumyk i zabrała stamtąd duży, płaski kamyk. Położyła go w piwnicy i pocałowała. To był grób Trzeciej Miłości. Wiedziała, że w grobie nie ma ciała, bo już dawno musiało gdzieś zgnić. Teraz zostały dwie miłości. Siostry. Mama i tata nadal byli w świecie, który kochali. Dziewczynka sprzątała dom i chodziła po wzgórzu. To był jej świat. Rodzicie nie chcieli tu być, ona nie chciała być u nich. Oni i ona. Wiedziała, że jej świat jest silniejszy, żeby go niszczyć musieliby podpalić dom. Często się tego bała. Bardzo się bała. Dlatego postanowiła pierwsza zaatakować. Położyła ulubiony obraz rodziców na ziemi i nasiusiała na niego. Zawołała ich. Byli wściekli, ona się śmiała. Udało się. Nie pogładzili jej po głowie, chwaląc za wolność, dostała lanie. Potem mama spytała dlaczego tak się stało. Dziewczynka powiedziała, że ich wolności jest taka duża, że dla niej prawie nie ma już miejsca. Mama rozpłakała się.

    Po nasikaniu na obraz, przez kilka miesięcy mama sprzątała z córką cały dom. Śmiały się, a dziewczyna musiała pokazywać mamie czym najlepiej czyści się podłogę, jak dobrze umyć szyby i dlaczego trzeba często wszystko sprzątać. Tata w tym czasie malował. Ale tylko to, co widział za oknem – malował świat dziewczynki. Mama i tata nie wchodzili już do swojego świata. Cała trójka żyła w wolności i miłości domu na wzgórzu, w krainie dziewczynki. Była bardzo szczęśliwa. Ona i oni. Znowu. Dziewczynka dopiero po roku zrozumiała, że jej woda nie smakuje kwiatom. One mogły rosnąć tylko na swojej ziemi, pijąc swoja wodę i wystawiać nagie ciała na swoje słońce. Mama i tata więdli, umierali z miłości. Dziewczynka chciała żeby ją kochali i żyli razem z nią w rzeczywistości. Oni nienawidzili rzeczywistości i kochali dziewczynkę. Oni i ona. Razem. Dziewczynka ciągle słyszała, że miłości to najpotężniejsza siła. Zaczęła modlić się do miłości. Prosiła ją o to, żeby jej rodzina była razem w jednym świecie, już nie ważne, czy w świecie dziewczynki, czy rodziców. Wtedy zachorowała.

    Mama leżała obok taty, tata leżał obok mamy, dziewczynka leżała z nimi. Cała trójka pociła się pod wielką pierzyną. Nagie, mokre ciała. Puste oczy. Wszyscy byli chorzy. Wielka choroba zapędziła ich do jednego łóżka. Teraz to był ich świat. Dziewczynkę bardzo bolała głowa i kości, płakała. Przytulała ją mama, a tata obejmował ich, albo wychodził i wrzeszcząc z bólu, schodził po coś do jedzenia i picia. W środku zimy byli razem w jednym świecie, a płacząca dziewczynka połykała łzy bardzo cicho, dziękując w modlitwie Wielkiej Miłości za spełnienie marzenia o rodzinie. Pewnego dnia tatuś nie wrócił już z kuchni. W całym domu było bardzo zimno, nawet pod kołderką. Mama śpiewała jej różne piosenki i opowiadała o tym, co będzie jak wyzdrowieją. Mają dużo pieniędzy, sprzedają jeszcze kilka obrazów i będę mieli jeszcze więcej. Wtedy zasadzą na wzgórzu winnicę, sprowadzą ludzi i będą sprzedawać pyszne wina. Dawno temu poprzedni właściciel też tak robił. Tata będzie nadzorował ludzi, mama sprzątać dom, a dziewczynka pójdzie do szkoły. Będziemy normalną rodziną, kochanie. Dziewczynka pokręciła noskiem i powiedziała słabym głosikiem: Fajnie…. Kochana mama. Kochany tata. Sen zapukał. Dziewczyna otworzyła. Na dole ktoś też zapukał, ale nikt mu nie otworzył. Ktoś był wytrwały, zapukał jeszcze raz. Dziewczynka otworzyła oczy. Ktoś otworzył drzwi. Dziewczynka wstała z łóżka i wyszła z pokoju. Ktoś wszedł do domu. Dziewczynka stanęła u szczytu schodów. Ktoś patrzył na nią z dołu. Naga dziewczynka upadła na podłogę, a ubrany przybysz wbiegł po schodach. To był zły człowiek, który uratował dziewczynkę…

    Zły człowiek

    Zły człowiek przybył do domu na wzgórzu w zimowy wieczór. Dwa dni wcześniej tatuś nie wrócił z kuchni, dzień później mama nie wstała z łóżka. Zły człowiek zaniósł mamę i tatę na strych i powiedział, że w zimie ziemia jest za twarda żeby kopać, a do piwnicy ich nie wsadzi, bo zepsują jedzenie. To wszystko dziewczyna usłyszała dopiero tydzień później, kiedy mogła już wstawać z łóżka. Do tego czasu leżała sobie cicho, a zły człowiek przynosił jej jedzenie i mył wilgotną ścierką. Przez trzy tygodnie dziewczynka wracała do zdrowia pod opieką złego człowieka, który karmił ją, mył i delikatnie przenosił do innego łóżka, gdy musiał zmienić pościel. Lubiła go. On lubił ją. Jednak ten wędrowca był złym człowiekiem: uratował jej życie. Dziewczyna zastanawiała się, czy Wielka Miłość ukarze go za to co zrobił. Ukarała. W pierwszych dniach wiosny spadł ze schodów i skręcił kark. Dziewczynka myślała też o tym, czy jest winna. W końcu chciała dołączyć do świata wolności stworzonego przez Wielką Miłości dla mamy taty i jej. To zły człowiek w tym przeszkodził. Czy spotka ją kara, tak jak jego? A może sama ma się ukarać? Ale co to by była za kara. Nie. Dziewczynka musiała czekać na karę od Wielkiej Miłości. Tymczasem wyszła na zewnątrz i zabrała ze schowka łopatę. Musiała wykopać grób dla złego człowieka…

    Praca zajęła jej dwa dni. Na kopcu ziemi położyła torbę podróżną złego człowieka i jego kapelusz. Przez kilka dni próbowała wejść na strych, jednak zawsze w połowie drogi czuła na udach ciepły strumyk moczu i zawracała. Przez jedenaście lat swojego życia nigdy nie bała się rodziców tak jak teraz, a przecież tak bardzo chciała ich zobaczyć. To pewnie kara Wielkiej Miłości – pomyślała sobie smutno…

    Minęły trzy dni od pochowania złego człowieka, a do domu przybył kolejny gość. Była nim koleżanka z sąsiedztwa, którą dziewczynka widywała bardzo rzadko. Koleżanka była starsza od dziewczynki o trzy lata i zawsze chodziła z włosami związanymi w dwa kucyki. Dziewczynka opowiedziała jej o tym, jak zachorowała, o złym człowieku, o rodzicach na strychu, o wszystkim. Koleżanka pogładziła ją po głowie, ucałowała w policzek i powiedziała, że zamieszka z nią i razem będą sprzątały dom. A jesienią pójdą do rodziców dziewczynki i przeniosą ich gdzie indziej. Dziewczyna zgodziła się i radośnie krzyknęła. Koleżanka przytuliła ją jeszcze raz i powiedziała, że wszystko będzie dobrze, a ona też nie ma rodziców. Mama umarła jej już bardzo dawno, a tatusia zabiła siekierą. Dziewczynka zdziwiła się trochę, ale koleżanka wytłumaczyła jej, że ona też modliła się do Wielkiej Miłości, żeby tatuś przestał traktować ją jak mamę. Chociaż teraz naprawdę była już mamą. Miłość pokazała jej we śnie składzik z drewnem. Koleżanka poszła tam rano i wbiła tatusiowi siekierę w plecy. Wielka miłość jest naprawdę dobra, spełnia wszystkie życzenia – pomyślała dziewczynka…

    Koleżanka okazała się bardzo silna, wiedziała też dużo o jedzeniu. Powiedziała, że jedzenie z puszek i sprowadzanie wszystkiego z miasteczka jest głupie i drogie. A ogródek przy domu jest zaniedbany, a w ogóle to rodzicie dziewczynki nie byli dobrymi gospodarzami. Przez dwa dni obie myślały, jak zacząć gospodarować, gdy do domu przybył trzeci gość. Miał w rękach zakrwawioną siekierę i był bardzo zdenerwowany. Zabrał wrzeszcząca koleżankę na górę, potem wrócił, cały upaćkany krwią i podszedł do dziewczynki. Powiedział, że jego córka powiedziała mu o sytuacji dziewczynki, a on chce jej pomóc. Zabił pan moją koleżankę. – powiedziała smutno dziewczynka – To chyba kolejna kara Wielkiej Miłości. Mężczyzna powiedział, że na miłość przyjdzie jeszcze czas, gdy dziewczynka podrośnie, a teraz on zamieszka tutaj jako jej nowy tatuś. Dziewczynka pomodliła się szybciutko w główce do Wielkiej Miłości, prosząc ją, żeby ten pan natychmiast umarł. Ale on nadal stał i patrzył na nią groźnie. A więc Wielka Miłość go tu przysłała, inaczej spełniłaby przecież prośbę dziewczynki. Mężczyzna pogłaskał po twarzy nową córeczkę, brudząc ją krwią i kazał iść pobawić się gdzieś i wrócić wieczorem, a on w tym czasie posprząta. Dziewczynka odwróciła się i ruszyła w stronę strumyka. Było jej bardzo smutno i nagle pomyślała sobie o świecie rodziców. Może im też było kiedyś tak smutno, dlatego woleli ciągle być wolni w swojej wolności i nie chcieli wolności dziewczynki i jej świata domu na wzgórzu?

    Wieczorem zmęczony i bardzo blady mężczyzna nakarmił dziewczynkę i pokazał jej trzy kopce. W pierwszym zakopana była jej koleżanka, w drugim leżała mama, a w trzecim tata. Powiedział jej, że codziennie powinna przynosić kamyki ze strumienia i sypać je na ziemię, żeby groby lepiej wyglądały. Potem poprosił, żeby dziewczynka umyła mu plecy. Miał tam krwawą ranę. Powiedział, że jeden cios siekiery to za mało żeby go zabić, ale dziewczynka widziała, że był bardzo blady i trząsł się jak tatuś, kiedy poszedł do kuchni i nie wrócił. Powiedziała mu o tym, a on pogłaskał ja po głowie i powiedział, że skurwysyny tak kończą. Położył się w łóżku mamy i taty i poprosił dziewczynkę, żeby usiadła obok niego. Potem zaczął mówić.

    Opowiedział jej mnóstwo historii o życiu; jaką wartość mają pieniądze, jak ich używać co powinna zasiać i jak to hodować. Mówił przez wiele godzin, ucząc ją, jak ma tu żyć żeby nie umarła z głodu, powiedział, jak ma ukrywać przed ludźmi to, że jest sierotą oraz na co ma uważać. Dziewczyna słuchała go z zapartym tchem, kiwając ze zrozumieniem głową. A więc dlatego Wielka Miłość go nie zabiła! Ktoś musiał jej o tym wszystkim opowiedzieć, teraz wszystko rozumie. Dziękuję panu – powiedziała, a on przytulił ją i zaczął głośno płakać…

    Rano mężczyzna leżał w łóżku i stygł. Dziewczynka siedziała w kącie z podkurczonymi kolankami i masowała brzuszek. Gasnące życie bardzo go osłabiło wczorajszej nocy, ale miał jeszcze dosyć siły, żeby mocno ją trzymać i powoli pokazać jej to, czego doświadczyłaby gdyby kiedyś przyłączyła się do mamy i taty w okazywaniu miłości. Wstała, ale natychmiast znów usiadła, za bardzo ją bolało. Nie mogła się ruszyć. Czuła, jakby do środka ktoś włożył jej spory, oślizgły kamyk, który, mimo że gładki, ranił ją, gdy tylko próbowała się poruszyć. W południe wydawało się jej, że kamyk jest już tak duży, że wypełnia cały jej brzuszek i zahacza o żebra. Siedziała na podłodze i czuła, że całe nóżki ma we krwi. Pocieszała się tym, że to na pewno przejdzie. Mężczyzna powiedział jej bardzo dużo o tym, jak przeżyć, więc nie mogła umrzeć, od tego co jej zrobił. Pomyślała o rodzicach. Czy oni naprawdę też by tak to zrobili? Może tylko by ją głaskali, tak jak zaczął to robić mężczyzna zanim zadał jej ból. Bolało. Tak bardzo ją bolało. Pomyślała sobie, że to wszystko jest takie niesprawiedliwe. Dlaczego Wielka Miłość jej nie pomogła? Nagle dziewczyna spróbowała wstać. Miała tego dość, nie chciała ciągle prosić o coś Wielką Miłość. Pochowała już kiedyś jedną miłość, kamyk na pewno do tej pory leży w piwnicy. Miłość może umrzeć. Ale człowiek żyje, dopóki ciągle się rusza. Dziewczyna wstała i wrzeszcząc dziko z bólu, zaczęła iść. Jeśli się przewróci, to umrze, wygra Wielka Miłość. Odwołuje swoją modlitwę Miłościo! – krzyknęła. Nie chciała już być z mamą i tatą, chce zostać tutaj, w domu na wzgórzu, swoim domu, swojej wolności, swoim świecie. Była tylko małą dziewczynką, ale chciała żyć, biegać, śmiać się, płakać, krzyczeć. Nie chce kochać, nie chce miłości, modlitwy do niej ciągle kogoś uśmiercały. Dziewczynka stanęła niemal na progu domu i spojrzała w dół. Na drewnianą podłogę wciąż kapały kropelki krwi. Umrze. Zaczęła płakać. Nadstawiła rękę i poczekała, aż spadnie na nią kilka kropel. Dotknęła je językiem. Słodkie. Słodka śmierć, pomyślała radośnie i zaśpiewała co je przyszło na myśl:

    Mała dziewczyna
    Stoi sobie na progu
    Kapie z niej krew
    Słodka jak cukierek
    W brzuszku miała za dużo
    Wsadził to jej pan
    I byli jednym ciałem
    Przez trochę
    A potem
    On umarł
    A ona
    Umiera

    Dziewczynka spojrzała na pełną kwiatów łąkę i zaczęła biec przed siebie, czując jak straszny ból w brzuszku nagle gdzieś znikł. I zdziwiła się, że leży na ziemi w pachnących kwiatach i nagle znów ją boli. Słonko świeciło jej w oczy, więc je zamknęła. I umarła.

    Czarny dym
    Chłopczyk skończył pisać i popatrzył na kota leżącego na piecu. Pomyślał sobie o swojej mamie, zgarbionej od pracy w polu, pomarszczonej jak niezadbana skóra po zdjęciu z krowy. Pomyślał też o tacie strugającym wielki kawał pnia na dyszel. Napisał jeszcze w kajecie i wrzucił go do pieca. Historia nie siedziała już w głowie chłopca, czekała wśród szczap drewna, aż ktoś podłoży pod nią ogień. Wtedy odda go szybko wszystkim kawałkom umarłych drzew wokół siebie i razem zamienią się w dym. Ich ciała spopielą się, grzejąc prawdziwą rodzinę w izbie. Ci ludzie przetrwają do wiosny, a ich potomkowie będą patrzeć na swoje dzieci z miłością…

    Dym uleciał nad chatę i spojrzał na śpiący wszędzie wokół śnieg. Uśmiechnął się swoim czarnym obliczem i znikł rozdmuchany przez wiatr…

    Beniamin Muszyński
    Maj 2010

    <— poprzednia strona || następna strona —>


    SPIS TREŚCI

    Podoba się? Wersję PDF możesz ściągnąć zupełnie za darmo!