JAK FIRMA ANTURU CHCIAŁA ROBIĆ REWOLUCJĘ

Niniejszy artykuł pierwotnie ukazał się w lutym 2012 roku w szóstym numerze magazynu Masz Wybór.

smiley-681601_960_720Mały Jaś żył na ulicy. Był wynędzniałym, ale dobrym chłopcem. Jako siedmiolatek nie mógł pracować, nieraz żebrał o grosze na jedzenie, ale nigdy nikogo nie okradł.
Pewnego razu był już przekonany, że jego dni są policzone – był chudy tak, że nawet przez cienkie ubranie można było policzyć wszystkie jego kości, a co gorsza, gorączkował.
I wtedy zdarzyło się coś, co Jaś uznał za cud i dowód na istnienie Boga. Kiedy żebrał o drobne pod kościołem świętej Rity, podszedł do niego ON – przedstawił się jako pan Sidlecki. Otyły („Ten to musi jeść!” – wykrzyknął w myślach zachwycony Jaś), przyjaźnie uśmiechający się jegomość.
Pan Siedlecki spytał się z cwaniakowatym uśmiechem Jasia, czy jest głodny. Onieśmielony chłopiec (zawsze to on wychodził do ludzi, nigdy oni do niego) pokiwał głową. Pan Siedlecki spytał się chłopca, czy chciałby mieć dom. Chłopiec ponownie pokiwał głową. Otyły pan uśmiechnął się przyjaźnie i ciepło. Powiedział, że potrzebuje chłopa, który zająłby się jego dobytkiem, odśnieżał wjazd, doglądał gromadkę małych szczeniaczków. W zamian za to dostałby własny pokój z prawdziwym łóżkiem, z prawdziwą pościelą! Do tego trzy posiłki dziennie! Otyły pan nagle zatrzymał się i dotknął czoła chłopa. „Mój Boże! Ty masz gorączkę!” – wykrzyknął. „Jak tylko dojdziemy do naszego domu, dostaniesz lekarstwo” – powiedział stanowczo.
„Naszego domu…” – chłopcu zaszkliły się oczy, a otyły pan dobrotliwie się uśmiechnął. Zastrzegł jednak, że jak chłopiec tylko wydobrzeje, będzie musiał pilnie wypełniać swoje obowiązki; przebąknął też coś o szkole.
Mały Jaś tylko uśmiechał i uśmiechał się coraz bardziej.
Po drodze otyły pan ze łzami w oczach mówił, że nie może mieć dzieci, choć bardzo chce. Zatrzymał się przy sklepie i zapytał:
– Czy chcesz wody, synu? – I zasłonił dłonią usta, przestraszony tym, co powiedział.
Jaś złapał swoją malutką dłonią jego wielką i pulchną i odpowiedział:
– Tak, tato…
Obydwu szkliły się oczy. Otyły pan wszedł do sklepu i przyniósł otwartą butelkę z wodą.
Jasiu wypił kilka łyków i zakręciło mu się w głowie.
Obudził się kolejnego dnia wśród kartonów na dworcu. Był rozpalony, coś strasznie bolało go w lewym boku. Złapał się za tą część tułowia i dotknął nierówne szwy na swoim ciele. Świadomość prawdy, która w niego uderzył była gorsza niż ból – stracił nerkę. Otyły pan, którego nazwał tatą wyciął mu nerkę! Nie wiedział, komu ją sprzedał i gdzie teraz jest wieziona obłożona kostkami lodu w małej podróżnej lodóweczce – i nigdy się tego nie dowie. Co gorsza, Jaś czuł też inny ból pulsujący równie mocno wewnątrz jego ciała – palący ból w odbycie.

To krótkie opowiadanie idealnie oddaje charakter współpracy pisarzy gier książkowych (w tym redaktora naczelnego i jego zastępcy) z firmą Anturu. To historia balansująca na granicy absurdu i choć może wydawać się to dowcipem, jest prawdziwa co do joty. Usiądźcie więc wygodnie, zaparzcie sobie herbaty i zapraszam Was na przedstawienie bardziej zaskakujące niż skecze Latającego Cyrku Monty Pythona.

Na początku wiosny 2009 roku na forum poświęconym grom książkowym odezwała się stosunkowo nowa postać – pan Andrzej S. reprezentujący firmę Anturu. Roztoczył świetlaną wizję rozwoju uwielbianego przez nas gatunku literackiego, który miała kwitnąć wsparty jego kapitałem i świetlanym przywództwem. Dawał nadzieję ludziom poświęcającym wówczas sporą część swojego życia pasji, która jednakże nie odpowiadała równie chętnie, ofiarowując jakikolwiek wikt czy opierunek. Choć w sumie oni tego też tego nie żądali, wydając nierzadko majątek na rzadkie pozycję i publikując własne dzieła za darmo w sieci – można by rzec, że ich miłość była bezwarunkowa.

Ja nie należałem bezpośrednio w tej grupie. Zawitałem do niej zachęcony przez Beniamina początkowo tylko po to, żeby poznać kolejną grupkę ludzi doceniający moje Tajemne Oblicze Świata (doświadczenie tym bardziej miłe, że TOŚ napisałem dla moich przyjaciół, a do sieci wrzuciłem go na zasadzie a co mi tam…). Zawsze pisałem dla przyjemności, robiłem to często, czasem przynosiło to poklask, czasem druzgocącą krytykę, ale nie zatrzymywało to mojej chęci tworzenia. Rzeczywistość zmusza nas do zdobywania dachu nad głową, jedzenia, a nawet odzienia. Dlatego od pewnego już czasu szukałem sposobu, który umożliwiłby mi pozyskiwanie środków do życia z pisania. W międzyczasie podpisałem umowę z innym wydawnictwem [1], ale ta obiecywała pieniądze dopiero z zysków planowanej książki, otarłem się nawet o praktyki w portalu lifestyle’owym, gdzie doradzałem kobietom, co mają zrobić, by osiągnąć orgazm i opisywałem klatę Olejniczaka, dawnej gwiazdy SLD. Chyba nie dziwi fakt, że chciałem się wyrwać. Więc choć należałem do forum ParagrafoweGranie wcześniej, to dopiero po cynku o poście pana Andrzeja, zacząłem się pojawiać na nim częściej.

Wiosną 2009 gdy zajrzałem na forum, praca wrzała na całego. Firma Anturu zmotywowała pisarzy i fanów do tłumaczenia światowego bestsellera, jakim jest pierwszy tom Samotnego Wilka. Ludzie pracowali zupełnie za darmo, tłumacząc całą książek. Obietnica była jedna: Samotny Wilk zostanie wydany w naszym kraju, w naszym ojczystym języku [2].To było coś, uwierzyłem, że Andrzej ma potencjał i że będzie w stanie zainwestować coś w reanimację rynku gamebooków.

Jedno jest pewne – chcę zapoczątkować całą serię wydawniczą gier książkowych pod roboczym tytułem „Tanie Granie”. (…) Wstępnie marzy mi się seria niedrogich paragrafówek, na papierze niekoniecznie super klasy, z czarno-białymi ilustracjami (i być może kolorową okładką), z ceną detaliczną na poziomie 9,99 zł. (…) Ponadto, błąka mi się czasem w głowie pomysł na wypuszczanie paragrafówek poza wersją drukowaną od razu także w wersji na komórkę i może jeszcze w wersji komputerowej – pisał na forum. Wkrótce zaczął się przygotowywać na zaprezentowanie swojej firmy i swoich idei szerszemu gronu czytelników – na ogólnopolskim konwencie miłośników fantastyki Avangarda 2009.

Byliśmy podekscytowani tym bardziej, że jak nas poinformował Andrzej, będzie to pierwszy konwent, w którego programie będzie mowa o paragrafówkach [3]. Wierzyliśmy, że właśnie tworzymy historię, że wspieramy człowieka, który wyniesie nasz ukochany gatunek na piedestał. Boże… Byliśmy jak nastoletnia dziewica na koncercie The Doorsów, która myślała, że spotkanie z Jimem Morrisonem po koncercie dla wybranych fanów, oznacza wieczór poświęcony intelektualnej rozmowie na temat pokoju na świecie i wojny w Wietnamie…

Andrzej poprosił, żeby każdy się zadeklarował, co jest w stanie przygotować na konwent. Odezwałem się i zadeklarowałem… napisać kolejną książkę. Kontynuację poprzedniej, Tajemne Oblicze Świata II. Piekielny Szyfr, projekt znacznie bardziej rozbudowany. Uznałem, bardzo narcystycznie, że skoro tak bardzo podobała się wcześniejsza część (dostałem około setkę maili z prośbą o kontynuację), to niech nagrodą w konkursie konwentowym będzie Piekielny Szyfr. Co jak co, ale postanowiłem dać z siebie dużo – w końcu napisanie książki nie jest prostą rzeczą, tym bardziej, że nie poszło mi chyba najgorzej, skoro książka zebrała pozytywne recenzje. Oprócz tego razem z Beniaminem postanowiliśmy zrzucić się na ok. 100 płyt, na które nagraliśmy darmowe gamebooki w celu rozdania ich konwentowiczom i podjęliśmy się przeprowadzenie kilku punktów programu (w tym warsztaty pisania gamebooków), inne zostawiając Andrzejowi…

Jesteśmy z Krakowa, więc musieliśmy załatwić sobie nocleg stolicy. Andrzej wyszedł z oczywistą propozycją – możemy przecież przenocować u niego. Ale tylko jedną noc. Dlaczego? Bo nie chciałby, żeby jego dziewczyna dowiedziała się, że nas nocuje. Dlaczego jego dziewczyna miałaby mieć coś przeciwko przenocowaniu dwóch pisarzy, którzy mieli być jednymi z budowniczych jego wydawnictwa, a póki co byli jedynymi naprawdę chętnymi z jakimkolwiek dorobkiem? Tego nie wiem. Nocleg „tylko na jedną noc” był problem, ponieważ konwent trwał trzy dni… Dlatego załatwiłem i drugi nocleg w innym miejscu.

Dość późno zaświeciła się po raz pierwszy czerwona żarówka w mojej głowie z napisem „UWAGA!”. Mogła już wówczas, gdy Andrzej „załatwił” „tylko jeden nocleg” u siebie. Mogła, gdy Andrzej dzwonił do mnie nocami i mówił godzinami o rozwoju strategii jego wydawnictwa (zamiast poświęcić jakikolwiek czas na wdrażanie swoich pomysłów), która to strategia niekoniecznie trzymała się kupy. Ale wówczas wybronił się, stawiając portal gryparagrafowe.pl – pierwszy prawdziwie profesjonalny portal poświęcony temu gatunkowi. Przypominał swoim interfejsem i możliwościami Poltera i Valkirię. Oczarował nas.

Owa żarówka zaświeciła się z całą mocą dopiero, gdy z Beniaminem zobaczyliśmy go na przystanku. To bardzo nieładnie z mojej strony, co teraz napiszę, ale pierwsze wrażenie, jakie wywarł na mnie jego widok, oddawało idealnie to, co nas później spotkało. Widzieliście kiedyś, jak symbolicznie oddaje się wyzyskującego kapitalistę na propagandowych plakatach komunistycznych (i nie tylko)? Otyły, mrużący chciwie oczka, patrząc na osoby, który może wyzyskać lub wyzyskuje. Andrzej pasował do tego wizerunku. Ponadto kapitalista z tego plakatu zawsze palił cygaro i był ubrany w garnitur, co świadczyło, że dobrze mu się powodzi…. Tak z kolei Andrzej nie wyglądał. W piaskowych krótkich spodenkach i sandałkach, z których wylewały się jego stopy przypominał symbol niepowodzeń życiowych. Kiedy w mojej głowie pojawiło się, z dramatycznym westchnieniem „o nie…”, określenie „wyzyskiwacz-nieudolny przedsiębiorca”, ostro zganiłem się w myślach za brak tolerancji. Ekscentryk, to po prostu ekscentryk! – przekonywałem sam siebie.

W drodze do mieszkania Andrzej opowiedział nam, jak świetnym jest pisarzem i jak (cytuję) zabijały się o niego wydawnictwa (udało nam się później ustalić, że kiedyś opublikował jakieś opowiadanie w Fantastyce). Na miejscu pokazał nam zdjęcie swojej dziewczyny, atrakcyjniejsza od niego. To nas trochę uspokoiło. Skoro z oczywistych względów nie mogło jej pociągać jego ciało ani styl, musiał być zaradny. Nie pomyśleliśmy wówczas, że dziewczyna może nie istnieć… Nigdy nie było nam dane zobaczyć jej na żywo.

Nasz program na konwencie miał otworzyć on we własnej osobie. Przyznam, że zdziwiłem się, kiedy oświadczył, że dziś w nocy musi pracować przed komputerem, bo przygotowuje referat do odczytu… Warsztaty mieliśmy z Benem przygotowane dużo, dużo wcześniej, nawet przez myśl nam nie przyszło, że coś, w co pokładamy tyle nadziei, moglibyśmy przygotować na poczekaniu. Nędza jaką zgotował Andrzej zdumiała nas niczym masowe bankructwa banków ekonomistów. Od spóźnienia, które zaserwował Andrzej, po referat odczytany z namiętnością czytanki wykutej na blachę przez pierwszoklasistę, unikanie kontaktu wzrokowego z publicznością po… ignorowanie pytań i uwag publiki! Do grudnia 2010 roku byłem przekonany, że choć tekst tego referatu sam napisał (w końcu ślęczał całą noc przed komputerem). Niestety, treść brzmiała słowo w słowo jak artykuł Historia gamebooków [4] autorstwa Arthila, który poinformował mnie rok później, że ok. tydzień przed warszawskim konwentem wysłał go Andrzejowi, żeby ten mógł go opublikować na swoim portalu, czego nigdy nie zrobił…

Mimo wszystko konwentu nie możemy uznać za nieudanego. Na naszych warsztatach sala była pełna, a i po ich skończeniu mieliśmy okazję jeszcze dłuższy czas dyskutować z zainteresowanymi tematem konwentowiczami. Mamy też nadzieję, że płyty z darmowymi gamebookami przyniosły radość znacznej mierze osób. Między przerwami Andrzej organizował nam inne atrakcje, jak np. zawody w siłowaniu się na rękę w stołówce (przegrał ze wszystkimi), zaś jego bardzo miły przyjaciel proponował nam zdrowie aż po grób i zbicie majątku na napojach ziołowych (kosztujących tylko stokilkanaście złotych) dzięki piramidzie biznesowej…

Ustaliłem z Andrzejem, że zacznę sprzedawać swoją książką w postaci bindowanej broszurki, zanim on nie skonsoliduje swojego wydawnictwa i nie będzie w stanie sprzedawać mojej książki… jako e-booka. Ten sam układ zaproponował „po przyjacielsku” Beniaminowi z jego Szklanej Twarzy.

Tajemne Oblicze Świata II. Piekielny Szyfr cieszyło się całkiem ładnym zainteresowaniem i nie narzekałem na brak jego popularności. Jak dużym? Żeby to oddać muszę przyznać się niechlubnej praktyce tamtego czasu, która także może tłumaczyć, czemu szybciej nie zauważyłem, poziomu profesjonalizmu Andrzeja i charakteru tejże osoby. Całe wakacje opijałem zerwanie zaręczyn i co 2-3 dni przepijałem kolejne sumy, które wpływały za książkę – funduszy nie brakowało. Kupił ją nawet jeden marynarz za dwa piwa. Po dwóch latach, kiedy znów się spotkaliśmy, powiedział, że przeczytał ją w trakcie rejsu, bardzo mu się podobała i dzięki niemu opłynęła świat dookoła.

W międzyczasie Andrzej ponoć ruszał wydawnictwo. Ale miał opóźnienie w pewnym zleceniu na artykuły. Więc poprosił mnie i Bena o przyjacielską usługę. Chciał, żebyśmy oddali mu nasze artykuły, na wskazane tematy, które pisaliśmy do szuflady, albo napisali, najlepiej kilkadziesiąt, nowych. Napisaliśmy kilkanaście i pomogliśmy zredagować kilka innych – całą tę pracę zrobiliśmy za darmo. W okolicach sierpnia Andrzej poprosił mnie o przesłanie dwóch egzemplarzy moich książek, koniecznie drukowanych, ponieważ jedną zatrzyma w archiwach, drugą musi zanieść jako egzemplarz obowiązkowy do Biblioteki Narodowej. Poprosił też… to nie żart…. o to, żeby do paczki włożyć kilka papierosów, co zrobiłem. Tłumaczył się, że może czeka na duże przelewy od kilku klientów i teraz mu brakuje na życie. Jakie było moje zdziwienie prawie rok później, gdy dowiedziałem się, że Biblioteka Narodowa przyjmuje e-booki tylko w postaci plików (wcześniej przyjmowała na płycie, teraz wydawcy sami ładują je na serwer) i że mojej książki w Bibliotece Narodowej po prostu nie ma – Andrzej nigdy jej tam nie zaniósł.

Pisałem już o tym, że upłynniałem swoją książkę całkiem skutecznie. W połowie sierpnia, zająłem się już pisaniem innej książki dla innego, wcześniej wspomnianego, wydawcy, co zaowocowało ustaniem hulaszczego trybu życia. Andrzej w końcu umieścił moją książkę na stronie podległemu firmie wydawnictw Kuźnia Słów i…. sprzedaż nagle się urwała. Wcześniej poprosił mnie o usunięciu informacji o wszystkich osobach, którzy pomogły w ukończeniu pozycji (grafiku, korektorach, testerach, modelce, fotografce…), bo nie ma z nimi podpisanej umowy. Oczywiście nie zgodziłem się na to, więc przesunął informację o nich ze stopki redakcyjnej na koniec książki. Nadmienię tylko, że sam dla publikacji nie zrobił nic poza dodaniem własnego loga, adresu i numeru ISBN. Zaskoczył mnie fakt ustania sprzedaży książki, tym bardziej, że dopiero wówczas pojawiły się pierwsze recenzje w sieci (szczęśliwie się złożyło, że wszystkie pozytywne), które raczej powinny napędzić mi czytelników, niż ich odstraszyć. Sytuacja stała się tym bardziej dramatyczna, że w tym momencie bardziej niż na picia potrzebowałem pieniędzy na życie. Początkowo pozycja była sprzedawana, oprócz na stronie księgarni, także na allegro. Dlatego zareagowałem, gdy zobaczyłem, że ktoś książkę kupił, mimo że Andrzej twierdził, że nic nie wpłynęło na jego konto. Postanowiłem więc poprowadzić transakcję monitorowaną. Mój znajomy kupił Piekielny Szyfr, zapłacił moimi pieniędzmi za nią i dostał polecenie, na jaki numer konta dokonać przelewu. Kolejnego dnia dostał rozpaczliwą wiadomość z prośbą o wpłatę pieniędzy na inne konto i niby niefrasobliwe pytanie, czy klient zna autora osobiście, bo w adresie widnieje informacja, że też jest z Krakowa. Na tak bijące w oczy oszustow zareagowałem natychmiast. Odsłoniłem karty, zażądałem należnego mi przelewu z sumą ze sprzedaży książek i zagroziłem sądem w wypadku nie wykonania transakcji. Dostałem… 25 zł za dwie sprzedane książki, o których właściciel wydawnictwa Kuźnia Słów wiedział, że mam informację. Była to jedyna suma jaką kiedykolwiek od niego otrzymałem.

Z powodu dramatycznego stanu konta podjąłem pracę jako robotnik, dziękując Bogu, że ktoś załatwił mi posadę. Przez trzy miesiące pracy na czarno nie wiedziałem, co się wówczas dzieje w świecie gier książkowych.

Tymczasem na forum Andrzej głosił wszem i wobec, że rozpoczyna rewolucję w świecie gier, prorokował sukces swojego niezwykłego produktu Project One (nigdy nie ujrzało światła dziennego) i stwierdzeniem, że Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie! zniechęcił do siebie prawie wszystkich pisarzy gier książkowych. Nie powstrzymało go to od żebrania od tych samych ludzi. Słał do nich rozpaczliwie maile z prośbą o wpłaceniu dobrowolnych sum na jego konto mających uratować portal gryparagrafowe.pl. O tych rewelacjach dowiedziałem się stanowczo zbyty późno.

Czy nie miałem z nim wówczas zupełnie kontaktu? Miałem, Beniamin również. Kiedy pytaliśmy się go, kiedy przeleje nam kolejne sumy, pisał długie listy, w których żalił się, jak mu źle, jak to musiał zmienić dziewczynę, jak o mało nie zginął, jak ktoś to mu zachorował z rodziny etc. Kiedy pytaliśmy go, ile książek się sprzedało, odpowiadał chyba jedna i choć umowa zobowiązywała go do przesłania odpowiedniego procentu nawet ze sprzedaży jednej książki, nie robił tego. Co więcej, po mojej prowokacji napisał maila do Beniamina, w którym wyraził troskę o mnie z powodu mojej chorej podejrzliwości. Jak myślicie, na co ten list był odpowiedź? Na pytanie Beniamina, kiedy dostanie pieniądze za swoją publikacje. W międzyczasie znów wróciłem do pracy w branży, zarabiając drobne sumy na pisaniu artykułów turystycznych.

Sytuacja Beniamina była mniej różowa. Skupił się na studiach, nie miał pracy. Dodatkowo Andrzej jak na złość „ozdobił” książki Bena okładkami swojego autorstwa. Panie i panowie, poniżej widnieje okładka książki Szklana Twarz wydanej przez wyd. Kuźnia Słów, a tuż pod nią tej samej książki wydanej przez nasze Wydawnictwa Wielokrotnego Wyboru.

C269.tmpokladka_5b_smallest

W sprawie ich zmiany i prośby o zastąpienie tychże np. zdjęciami interweniował nie tylko ich autor, ale także ja, zrażony antyreklamą, jakie robi sobie samo wydawnictwo publikujące też moją książkę.

Jednak tak się czasem dzieje, że czytelnicy naprawdę nie oceniają książki po okładce, kupują je i jeszcze kontaktują się z autorami pozycji, które czytali. Tak też było i w wypadku książek Beniamina. Uzyskał nie tylko dane o jednym kliencie, który zakupił u Andrzeja kilka jego książek, ale i dostał wydruk dokumentujący transakcję. Napisał więc maila z żądaniem przelewu, tym bardziej, że brakowało mu pieniędzy na najbardziej podstawowe artykuły. Przedstawiciel firmy Anturu zamilkł na pewien czas.

W międzyczasie ja, nie wiedząc, co się dzieje u Beniamina, zażądałem od wydawnictwa pieniędzy za tę jedną książkę, ponieważ byłem w regionie Polski oddalonym o ok. 700 km od mojego domu, a pilnie potrzebowałem pieniędzy na bilet. Andrzej przejął się moją sprawą, obiecał przyjacielowi, że pieniądze zaraz prześle… i również zamilkł na ponad miesiąc.

Odezwał się dopiero z lamentem, gdy przeczytał, że wydawnictwo Copernicus Corporation wydaje w Polsce Samotnego Wilka, a przecież to on miał wydać je pierwszy w naszym kraju (posiłkując się m. in tłumaczeniem, które ponad rok wcześniej wykonali dla niego za darmo polscy fani gamebooków). Andrzej miał rzekomo negocjować z Joe Deverem, ale mu się nie powiodło.

Tu mała dygresja. Pewien znany pisarz fantastyki, będąc z zawodu tłumaczem narzekał na przekład, który wykonało Copernicus Corporation. Ja nie dopatrzyłem się żadnych błędów w tej materii, natomiast mogę tylko powiedzieć, że to co szykował nam Andrzej miało jeszcze tragiczniejszy poziom. Otóż pierwszy tom Samotnego Wilka ukazało się w Polsce pt. Ucieczka przed mrokiem (ang. Flight from the Dark). Nasz bohater chciał go wydać pt. Lot z ciemności. Proszę o minutę ciszy.

Po tej paradzie nieszczęść, jakie zaserwowało nam wydawnictwo Kuźnia Słów, spotkaliśmy się z Benem i razem wysłaliśmy pismo zrywające umowę w trybie natychmiastowym. Zrobiliśmy to w taki sposób, by Andrzej, nie widząc co dostaje, przysłał nam potwierdzenie odbioru, zaś proces wysyłania listów został wcześniej udokumentowany. Połknął haczyk i byliśmy wolni od pasożyta… ale finał tej historia dopiero miał nas prawdziwie zaskoczyć. To, że Andrzej chciał jeszcze nam wmówić, że okres karencyjny pozwala mu na sprzedawanie naszych książek przez trzy miesiące, to mało istotne [5]. Otóż ten człowiek wysłał nam maila, w którym tłumaczył, jak nas rozumie, prosił o zachowanie więzów przyjaźni i, w sytuacji gdy nam naprawdę czasem brakowało kilku złotych na jedzenie, on zamieścił… zdjęcia z własnych wakacji z jakąś poznaną na w sieci blondyną, opisując, jakie kosmiczne kwoty wydał za pobyt nad morzem.

Dość ostro zareagowaliśmy, zerwanie umów stało się faktem. Postanowiliśmy raz na zawsze pożegnać się z nieuczciwymi wydawcami – niestety do roku 2010 prawie tylko z takimi się spotykaliśmy (choć ŻADEN nie był tak bezczelny jak właściciel firmy Anturu) – i podjęliśmy odpowiednie środki by założyć własne Wydawnictwo Wielokrotnego Wyboru i pismo Masz Wybór.

W międzyczasie trzydziestojednoletni Andrzej poinformował na stronie swojego wydawnictwa, że z okazji… dwudziestolecia pracy twórczej przygotowuje dla czytelników specjalną niespodzianką. Do dziś (minął ponad rok) nie została ona ujawniona.

Po tych wszystkich wydarzeniach powiedziałem Beniaminowi, że może powinniśmy przerzucić się na branże porno, ponieważ zostaliśmy tak dogłębnie wyr***ani, że mamy doświadczenie, którego Sasha Grey mogłaby nam pozazdrościć. Okazuję się, że nie byliśmy jedyni. Na forum portalu Goldenline został założony temat Czarna lista freelancerów, której bohaterem jest… tylko i wyłącznie Andrzej. Jak informuje właściciel wydawnictwa Bullet Books, nasz bohater zabrał ok. 700 zł za tłumaczenie, którego nigdy nie zrobił, i zapadł się pod ziemię. Dodam tylko, że nie był to odosobniony przypadek.

Jak ocenić rewolucję, jaką prowadził pan Andrzej S.? Żenada, żal, rozpacz, kretynizm, efekt ociężałości umysłowej… tak, to dobre słowa. To, że zaufaliśmy takiemu człowiekowi można w sumie określić takimi samymi zwrotami. Z drugiej strony, bądźmy optymistami. To, że nasz bohater doprowadził nas do białej gorączki, zaowocowało założeniem Wydawnictwa Wielokrotnego Wyboru, wydaniem pierwszych w Polsce gamebooków dostosowanych na czytniki elektronicznie, zebraniem zespołu redakcyjnego, który tak sprawnie wypuszcza kolejne publikacje, założeniem pisma Masz Wybór.

Co do samej oceny postaci bohatera tego artykuły, myślę, że najlepiej oddają (symbolicznie, bez nawoływania do przemocy) słowa pana Rafała Wacławika, któremu pożal-się-boże firma Anturu również podpadła, zamieszczone na portalu goldenline: Moja rada – z daleka omijaj. Jak się zbliży… łap kija!

Mikołaj Kołyszko

[1] – Jakoś nie miałem w tym okresie szczęścia do wydawnictw… Jeden z ważnych dystrybutorów, którego pozyskałem, nakrył tą oficynę wydawniczą na oszustwie i zerwał współpracę. Oczywiście właścicielki tegoż wyparły się i prawie mnie przekonały do swoich racji… dopóki sam ich nie przyłapałem na podobnym procederze. Nie wiem, czy kiedykolwiek oszukały mnie finansowo (tłumaczyły się błędem systemu…), choć pewne poszlaki na to wskazują. Faktem jest, że choć nie na czas, to jednak płaciły jakiś procent z zysków, jakieś przelewy się pojawiały (szczególnie po kilku mailach, w których groziłem procesem). Poza tym oszpeciły jedną z moich książek tragiczną okładką (czwarty żenujący projekt zaakceptowałem, potrzebowałem na gwałt pieniędzy na życie, więc także potrzebowałem mojej książki na rynku), redakcją pomnożyły, i tak wówczas liczne (przyznaję z pokorą), błędy językowe… Nie byłem bardzo zaskoczony, gdy okazało się, że jedna z byłych współwłaścicielek tej nieistniejącej już oficyny wydawniczej, zasłynęła ostatnio książką…. Pozytywny egoista. Czy ta osoba jest pozytywna, mam wątpliwości, ale określając się egoistą, z pewnością jest bliska prawdy.

[2] – I został wydany – ale nie przez Anturu. Wrócimy do tego wątku później.

[3] – Z jakiegoś powodu pominął prelekcje prowadzone w latach dziewięćdziesiątych przez wielkiego fana i największego w Polsce kolekcjonera gier książkowych, Piotra Narlocha.

[4] – Opublikowany w pierwszym numerze Masz Wybór.

[5] – Wybiliśmy mu ten pomysł od razu z głowy.

Komiks oparty (o zgrozo!) na faktach:
ant1

ant2

ant3

ant4

Możliwość komentowania jest wyłączona.