WYWIAD Z PRZEMYSŁAWEM PINCZAKIEM

Podobno masz już doświadczenie w pisaniu scenariuszy. Mógłbyś opowiedzieć nam trochę o swoim dorobku?

Trudno nazwać to doświadczeniem a jeszcze trudniej dorobkiem, gdyż dotychczas nie odniosłem żadnego sukcesu na tym polu, a poświęcam się temu już od prawie dwóch lat. Wszystko chyba zaczęło się kiedy miałem siedemnaście lat i trafiłem do środowiska graczy RPG i oczywiście zostałem Mistrzem Gry, więc już moje pierwsze scenariusze były bardzo interaktywne. Fantastyczne światy pochłaniały mnie całkowicie i potrzeba nieustannego udoskonalania moich sesji wymuszała na mnie ciągłe poszukiwania w filmie i literaturze. Zaczynałem od pierwszej edycji Warhammera, następnie był Wampir: Maskarada i w końcu odnalazłem swój ukochany system – Neuroshimę. Na studiach jakoś się to urwało i musiałem gdzieś skierować rosnącą wciąż potrzebę konstruowania fabuł. Scenariusze, dramaty i opowiadania nadawały się do tego najlepiej, jednak wszystko, co napisałem przed ukończeniem studiów, oddzielam grubą kreską. Liczą się więc dla mnie chyba tylko ostatnie dwa lata, na które składa się: kilka scenariuszy krótkometrażowych, dwa nigdy niezrealizowane scenariusze pełnometrażowe, parę mniejszych opowiadań, kilka nowel filmowych, wierszy i cała masa rozpoczętych i nieukończonych pomysłów. Będzie tego zaledwie albo aż 300 stron.

Leżąca na podłodze noga, do której pasuje odnaleziony w kontenerze but. Wygląda jak „trochę inna” historia o kopciuszku. Skąd taki pomysł?

Ciekawa interpretacja! Muszę jednak zdradzić, że w scenariuszu but do końca nie pasuje do nogi. Noga jest prawa a but lewy, co dodatkowo komplikuje sprawę. Punktem wyjścia była zabawa z konwencją kryminału, gdzie na początku zawsze znajduje się jakieś ciało, gdzie policjanci zawsze palą papierosy. Pomyślałem sobie, że te papierosy mogłyby być elektroniczne, a zamiast ciała, mógłbym wprowadzić tylko „oderwaną od kontekstu” część tego ciała. Padło na nogę. Może dlatego, aby w widzach narodziły się pytania rodzaju: jeśli ofiara przeżyła, to jak uciekła bez nogi! Gdyby to była ręka, to takich pytań by chyba nie było…

„Wydział do spraw popieprzonych” nie jest Twoją pierwszą produkcją, jakby nie było, kryminalną („Zbrodnia na Mariensztacie”). Skąd takie zamiłowanie do trupów i makabry?

„Zbrodnia na Mariensztacie” – mój pierwszy scenariusz – to nie jest do końca kryminał, raczej surrealistyczny melodramat historyczny. Kryminał jest tam tylko punktem wyjścia, jest konwencją idealnie pasującą do czasów, w których rozgrywa się akcja. A rzecz dzieje się w czasach stalinizmu, epoce bardzo kryminalnej, w końcu socrealizm to pewnego rodzaju zbrodnia popełniona na sztuce tamtych czasów! Tutaj przy okazji mała rada dla tych, którzy chcą pisać dla filmu: scenariusz, który do realizacji wymaga bardzo dużych środków, nie jest dobrym pomysłem na debiut! Więc odpadają filmy historyczne, s-f, fantasty itp. Nikt po prostu nie będzie ryzykować pracy przy tak drogim projekcie z początkującym scenarzystą. Oczywiście ja musiałem się o tym przekonać na własnej skórze, pisząc „Zbrodnie na Mariensztacie”.

W „Wydziale do spraw popieprzonych”, wyszedłem od formy, to znaczy, na początku miałem pomysł na interaktywność serialu, który mi się bardzo podobał, gdyż daleko wykraczał poza same możliwości dokonywania wyboru, dzięki czemu bezpośrednio angażował widzów w jego powstawanie. Tutaj więc szukałem formy na tyle mocnej i na tyle wyraźnej, aby jak najlepiej zainspirować widzów, do sięgnięcia po kamery. Padło na kryminał, który wbrew pozorom jest formą bardzo pojemną.

W zeszłym roku założyłeś pi-art-studio. Czy mógłbyś nam coś opowiedzieć o tym projekcie? Czy pod jego szyldem zrealizowałeś już jakiś projekt?

Kiedy po ukończeniu studiów humanistycznych siedzi się przez rok cały na bezrobociu, stukając z wielkimi nadziejami i zaangażowaniem w klawiaturę, wtedy urząd pracy nieustannie pożąda regularnych spotkań z tobą. W końcu pojawia się pomysł: dofinansowanie na prowadzenie jednoosobowej działalności gospodarczej i tak to się zaczyna. Pi-art studio działa od września zeszłego roku, bez większych sukcesów. Przez jesień miałem rozgrzewkę w lokalnej telewizji „Relax”, później przyszła zima i wielki brak zleceń, więc usiadłem znów z pewną radością do pisania. Teraz mamy wiosnę, którą planuję w końcu rozpocząć jakimiś realizacjami. Mam pomysły na dwa dokumenty i jedną krótkometrażówkę. Mam także cichą nadzieję, że po tym wszystkim pojawią się wreszcie jacyś klienci i wreszcie zacznę wychodzić na plus. Oczywiście moim marzeniem, które gdzieś tam tkwi i do którego zrealizowania wciąż dążę, są fabuły, ale nim to się ziści, coś jeść trzeba.

Pytanie może banalne, ale nie mogę powstrzymać się od jego zadania w dobie powszechnego przeświadczenia o bezwartościowości studiów humanistycznych. Studiowałeś filologię polską w zakresie filmoznawstwa, telewizji i kultury medialnej. Czy doświadczenie wyniesione z tych studiów pomogło Ci w napisaniu konkursowego scenariusza? Jeśli tak, w jakim stopniu?

Studia humanistyczne to coś wspaniałego! Przez pięć lat masz tak dużo czasu, na przeczytanie niesamowitej ilości genialnych książek i na obejrzenie całej masy, równie wyśmienitych filmów! W najlepszym momencie studiowania, oglądałem jeden film dziennie i czytałem około 1000 stron tygodniowo i to obowiązkowo! Ktoś mógłby powiedzieć: cóż za wspaniałe marnowanie potencjału młodzieży na, wydawać by się mogło, nikomu niepotrzebną literaturę i sztukę! Nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu będę miał szansę chociażby zbliżyć się do takiego wyniku, po prostu brakuje mi na to czasu! Z tej perspektywy studia humanistyczne są doskonałą bazą do dalszych działań i tylko od danej osoby zależy, jak mocno z tego źródła wtedy czerpała i co z tą „bezwartościową” wiedzą teraz zrobi. Jednak doświadczenie wyniesione ze studiów nie pomaga w samym pisaniu, tutaj potrzeba ciężkiej pracy i samozaparcia, potrzeba pisać, pisać i jeszcze raz pisać. W dodatku nic tak nie uczy pisania, jak bezwzględna analiza tekstu, który się napisało rok wcześniej. Im więcej błędów widzisz i im mniej podoba ci się to, co napisałeś jakiś czas temu, tym większy postęp zrobiłeś przez ten czas. Nabijanie się ze swoich starych tekstów i ich krytyczna analiza, to chyba najlepsza szkoła pisania.

Kiedy piszę to pytanie, jest 15 kwietnia, godzina 3:52. Internauci mogą głosować jeszcze przez 3 dni, ale już widać, że Twój pomysł cieszy się największym zainteresowaniem i zostawiasz w tyle innych konkurentów (46% głosujących wybiera „Drużynę Audio-wideo”). Wygląda na to, że masz największe szanse wygrać. Jak się czujesz z tą wiedzą?

Tutaj wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie, więc aż do poniedziałku, staram się nie zaglądać w wyniki. To dla mnie po prostu zbyt stresujące. Konkurencję mam bardzo silną, ale mam też ogromne wsparcie ze strony społeczności internetowej! Moi przyjaciele na portalach społecznościowych zrobili taki szum, że gdyby istniała taka możliwość, to swoim zaangażowaniem mogliby mnie śmiało wysłać na księżyc! Bez względu na wynik, dzięki ich zaangażowaniu i wsparciu, mogę już mówić o ogromnym sukcesie! Dziękuję wam wszystkim – jesteście fenomenalni!

Same finałowe prace, to bardzo ciekawe propozycje, więc mam się czego obawiać.

„Miłość na fali”, to takie historie, które sam uwielbiam oglądać. Troszkę jak polski Wong Kar Wai, romantyczny Jarmusch albo jak odświeżony Eric Rohmer – bardzo trudne i niszowe kino, dalekie od zwykłej melodramatyczności. Jest w tym pomyśle też niesamowity potencjał na zaangażowanie społeczności, który wydaje mi się, że w tym małym streszczeniu nie został dokładnie opisany. Mieliśmy tylko około 100 wyrazów na synopsis i nie do końca daje się tam ująć wszystko, co byśmy chcieli. Ja miałem na przykład ogromny z tym problem, bo lubię się rozpisywać.

„Drużyna Audio-wideo” to niesamowicie „kozacki” projekt, widać w nim ogromne pokłady czystej i niczym nieskrępowanej „zajebistości”, oraz niesamowity luz. W przeciwieństwie do mojego pomysłu na serial, „Drużyna Audio-wideo” ma ogromny potencjał, aby ją rozwinąć w pełen metraż. Muszę się przyznać, że z przyjemnością bym coś takiego zobaczył, jednak chyba z uwagi na moją aktualną pracę, raczej bym się nie zaangażował w pisanie pomysłów na kolejne reklamy.

I do tego oczywiście mój popieprzony troszkę projekt, ale o nim sami możecie przecież przeczytać.

10 000 zł to całkiem ładna suma. Jeśli wygrasz, masz jakieś plany, co z nią zrobisz?

Ze wszystkich nagród, chyba najciekawsza jest dla mnie propozycja współpracy przy powstawaniu serialu. Mógłbym zdobyć niezbędne doświadczenie na planie, które w przyszłosci pomogłoby mi w realizacji własnych projektów. Nagroda pieniężna na pewno w pewnej części pójdzie na opłacanie ZUSów, rachunków i tym podobnych spraw przyziemnych, dzięki czemu będę mógł bez presji skupić się dalej na pisaniu, co jak widać, zaczyna przynosić powoli jakieś rezultaty. Myślę także o opłaceniu sobie kursu reżyserii w Mistrzowskiej Szkole Andrzeja Wajdy. Tutaj jednak musiałbym jeszcze uzbierać coś na życie w samej Warszawie oraz musiałbym się po prostu tam dostać, co też nie jest takie łatwe. Jestem jednak dobrej myśli i wszystko przede mną. Już sama nominacja jest przecież wielkim sukcesem!

Masz może jakieś rady dla początkujących scenarzystów i pisarzy?

Czysto praktyczne? Krótka gimnastyka co 30 minut, mięśnie brzuszka, który od siedzenia przy biurku rośnie – nie można o tym zapominać, w sumie bóle krzyża nie pozwalają nam o tym zapomnieć. A tak na poważnie, to ciężka praca i nieustanne pisanie. Możesz napisać kilkaset stron i dopiero po dwóch latach, ktoś zauważy twój 15 stronicowy tekst. Tak to niestety wygląda. Polecam także bardzo krytycznie podchodzić do swoich tekstów. Dla mnie, jeśli na poprawki nie poświęciłem dwa razy tyle czasu, co na samo napisanie tekstu, to znaczy, że nie jest on gotów na pokazanie go komukolwiek. Warto więc opanować entuzjazm, który zwykle pojawia się po ukończeniu tak zwanej „pierwszej wersji”. Bardzo dobrze jest także stworzyć duet pisarski. W tym miejscu chciałbym pozdrowić mojego przyjaciela – Roberta Lewińskiego, z którym wspólnie prowadzimy literackiego bloga – Nostra Plagiarism. Dwóch pisarzy patrzących sobie na ręce, czasem wspólnie piszących i wciąż wzajemnie się poprawiających, to przyśpieszony rozwój własnego warsztatu. Wielu ludzi nie powie ci bezpośrednio, że gdzieś coś schrzaniłeś. Zrobi to dopiero ktoś, komu wcześniej podobnie wytykałeś błędy i tylko dzięki temu, będziesz miał szansę to poprawić.

Czy chciałbyś coś dodać?

Chciałbym was zachęcić do oddania głosu na mój projekt w konkursie na interaktywny serial w sieci! To ten o najdłuższym tytule, chociaż wolałbym, abyście go wybrali z zupełnie innego powodu!

Z Przemysławem Pinczakiem rozmawiał Mikołaj Kołyszko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *